Urlop daleko na południowym-wschodzie
13 Kwiecień 2010Od grudnia 2006 roku lubelski ratusz jako miejsce pracy wciągnął mnie jak “czarna dziura”. Przez 3 lata nie umiałem wziąć dłuższego nieprzerwanego urlopu niż na kilka dni. Teraz wreszcie udało się, m.in. poprzez fakt, że miałem bardzo dużo urlopu zaległego należnego za ubiegły rok i musiałem szybko go wykorzystać. Tym samym w dniach 1-13 kwietnia 2010 roku przestałem zajmować się pracą, spakowałem walizki i razem z żoną oraz 9 miesięcznym synkiem udaliśmy się w podróż, której celem było odwiedzenie szwagrów mieszkających obecnie w Singapurze.
Bałem się jak mój mały synek zniesie podróż, ale wyobraźcie sobie, że wszystko było całkiem dobrze. Od naszego domu do domu szwagrów podróż trwała dokładnie 24h. Pomimo tego nasz synek dzielnie znosił trudy podróży, w tym wszystkie etapy podróży samolotem. Lecieliśmy z przesiadką w Amsterdamie, skąd do Singapuru lot trwa równo 12h w jednym kawałku. Na szczęście loty na tej trasie odbywają się w nocy, przez co małe dzieci raczej przesypiają większość podróży.
Ze spraw praktycznych podczas tego typu długiej podróży, na pewno trzeba zawsze mieć ze sobą wózek, który na szczęście pracownicy lotnisk zawsze w odpowiednim czasie wkładają i wyjmują z luków bagażowych, tak aby niemal nieprzerwanie wózek był do dyspozycji rodziców. Przydaje się też oczywiście kompleksowo wyposażona torba z wszystkimi akcesoriami potrzebnymi do opieki nad dzieckiem i odpowiednim zapasem jedzenia. Jest z nią tylko problem, kiedy na każdym z lotnisk służby bezpieczeństwa prześwietlają taki bagaż. Odkąd pojawili się terroryści, którzy próbują robić bomby z płynów wniesionych do samolotu, podróżnym nie pozwala się mieć więcej niż kilka pojemników po 100 ml płynu każdy. To jest przecież jednak bardzo niewiele, kiedy trzeba dać swojemu maluchowi mleko kilka razy podczas podróży.
Mój synek generalnie znosił podróż zawsze z uśmiechem, co na pewno dostrzeżecie jak zajrzycie do galerii zdjęć.